Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

sobota, 7 grudnia 2013

Handel po chinsku

   Bedac ostatnio na zakupach zahaczylam o sklep z przykryciami i zaslonami, ktory prowadzony jest przez (ujednoliconych tutaj) Chinczykow. Ujednoliconych bo nie rozroznia sie Azjatow; wszyscy to "Japon" lub "Chinui" byc moze dlatego, ze Arabow tez do jednego worka zwyklo sie wrzucac, a wiadomo, ze jak kto komu...
   Poza checia zakupu przykryc na lozka dla moich poponkow chcialam uslyszec chinska wersje algierskiej Derdzy; czy w ogole istnieje? Mozliwe ze do prowadzenia biznesu wystarczy znajomosc francuskiego. Okazalo sie, ze rzeczony Chinui zupelnie przyzwoicie spikuje po naszemu i co ciekawe z respektem do niewiast nawet nie zaczepia by na sile cos wcisnac. Jednakze poza rysami twarzy zdradzala go jeszcze jedna cecha: zupelna nieumiejetnosc targowania sie z klientem! Nie ma znizek, nie ma okazji, wyprzedazy - nic wiec dziwnego, ze chinski handlarz ma tu przydomek "masmum" tj. Skapiec:). Bo przeciez targowanie sie to okazja do pogadanki, wymiany pogladow sportowych i politycznych czy wreszcie uzyskania owej znizki. To przyciaganie klienta, zainteresowanie jego losem ("znizki dla kobiet, ktore maja male dzieci lub maz nie pracuje!!!" - ku mojemu zdziwieniu i rozbawieniu wykrzykiwal sprzedawca kilka metrow obok:)) stworzenie atmosfery zyczliwosci.

  Podsumowujac - przykrycia zakupione, znizka nie dostanieta. Nauka dla Chinczyka - uczyc sie jezyka wraz z jego realiami, nie tylko akcentem :).

2 komentarze:

  1. Oj, oni chyba juz tak maja ;) W Hiszpanii co krok sa jakies chinskie sklepiki, a sprzedawcy zawsze taaaak niesamowicie znudzeni i nierozmowni ;) Az sie prosic trzeba, zeby Ci cos sprzedali :))

    OdpowiedzUsuń
  2. No prose wiec algierscy Chinczycy to jednak nie wyjatki, a przeciez mogliby sie Tyle od nas nauczyctyp

    OdpowiedzUsuń