Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

niedziela, 30 grudnia 2012

Edukacyjnie lecz wakacyjnie


Kilka razy mijane podczas wypraw z okazji wlasnie trwajacych ferii doczekaly sie w koncu wyklikania w googlach i publikacji:

zupelny brand-new Uniwersytet Algierski

                                               
                                                              i jego fakultet prawny


 moj po-sasiedzku Uniwersytet Nauk Islamskich


i Biblioteka Narodowa


Architektonicznie ciekawe i estetycznie mile dla oka. A ze wakacyjnie, wiec tylko tyle na skradzionym nakolanniku - powszechnie zawanym laptopem;)- napisze.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Piekna byc

Dzisiaj doznalam olsnienia - dotarlo w koncu do mnie ze zyje we wlasnym utopijnym swiecie, w ktorym aparycja (szczegolnie moja wlasna) nie jest zupelnie wazna. Kretymi drogami ale jednak, ma to zwiazek z faktem, ze niewiele osob ma zaszczyt podziwiac moje oblicze (od jakiegos czasu tendencja spadkowa jesli chodzi o wulkaniczne formacje, a jeszcze przed era zmarszczek - kwiat wieku, nieprawdaz :)). Wychodzac na zewnatrz nie daje grosza zarobic firmom kosmetycznym; marna ze mnie tez reklamowka ostatnich tredow w modzie. No moglabym w sumie kolorowe soczewki kontaktowe reklamowac (alez dziadostwo ciezko sie zaklada!:) bo akurat tyle mnie widac. I tak sobie myslac, ze inne algierskie kobietki tez tak maja tj. w glebokim powazaniu kwestie tak przyziemne doznalam lekkiego krztusca smiechoweo po 'obluciknieciu' tego artykulu. Wybory Miss Pieknosci ze studenckiej braci stolecznego uniwerka daja mi sporo do myslenia - bo w koncu do szkoly po wiedze, a nie 'lustereczko powiedz przecie'. Bo jednak tutajsze dziewczyny sa przesadnie skoncentrowane na swoim wygladzie; wszystko musi do siebie pasowac - jesli buty z dodatkiem czerwieni to torebka i szal na glowie tez. Co gorsze, ilosc codziennego makijazu moglaby wpedzic w kompleksy niejednego clowna. Wracajac jednak do studenckich wyborow - zwracam uwage na uczestniczke w tradycyjnej kabilskiej sukience, bo to tak jakby Miss Polonia prezentowala swoje wdzieki w stroju krakowianki. Pocieszajacy jest rowniez fakt, ze zabraklo prezentacji w strojach kapielowych - tu sie pewnie meska czesc publiki zawiodla:).
No a swoja droga ciekawe czy wybory Mistera uczelnie tez organizuja. Bo jakos brzmi to wyjatkowo nie algiersko...

środa, 14 listopada 2012

Po przerwie

Moj Matolek poszedl w koncu do szkoly - domyslacie sie, ze tlumaczy to ostatnia cisze na blogu, no miedzy innymi. Szkola to z jednej strony mila odmiana, bo mam Matolka z glowy na kilka godzin dziennie; ale tez oznacza to pozniejsze prace domowe, a co za tym idzie moj bol glowy, wyczerpanie i ... podziw dla pracy pedagoga;).

Edukacja w algierskiej wersji rozni sie nieco od tego co pamietam ze swoich czasow polskiej mlodosci - po pierwsze obowiazuje system dwu-zmianowy, czyli dzieciaki ida na 8 do szkoly, wracaja przed polodniem na godzinna przerwe obiadowa, by nastepnie kontynuowac pobieranie madrosci do 14.30. Poza oczywista logika, ktorej mi tu brakuje jest w tym systemie jedna korzysc - dbanie o kondycje fizyczna dziecka, bo to w koncu 4 rundy dziennie; czasem pod gorke, czasem w strugach deszczu (niech sie narod hartuje:)).

Synalek rozpoczal przygode z nauka juz nieco wczesniej; najpierw byl rok przedszkola prywatnego, potem rok w szkole meczetowej: to wg moich kalkulacji oznaczac mialo, ze w tym roku do zerowki pojdzie (rok temu go nie przyjeli bo byl za maly). Okazalo sie jednak ze w tym roku jest ... za duzy! Pamietajac, ze wzrost i rozmiar buta niekoniecznie przeklada sie na poziom inteligencji nie martwilam sie zbytnio programem pierwszego roku - a tu nagle sie okazalo, ze Maly od razu idzie do 1-szej klasy, a ja zupelnie nie jestem przygotowana do roli domowej nauczycielko-korepetytorki! Takze pierwsze miesiace byly pracowite i wyczerpujace; synkowi sie co prawda podoba szkola ale jego nauczycielce troche mniej... jego 'we-dont-need-no-education' stosunek do tematu. No nic, bede musiala go bacznie obserwowac, wlacznie z cotygodniowymi wizytami u rzeczonej psorki.

Ciekawostki, ktore zdazylam poznac - zglaszajac sie do odpowiedzi podnosi sie tutaj tylko jeden palec, nie po polskiemu dwa (szwagierka twierdzi ze to z lenistwa:)). No i kwestia zalatwiania potrzeb fizjologicznych - syn mnie dzisiaj oswiecil, ze trzeba pokazac zaswiadczenie od lekarza jesli chce sie dostapic zaszczytu nasiusiania do szkolnego WC. Dobrze, ze chociaz oplat nie pobieraja...

niedziela, 22 lipca 2012

Ramadanowo

W pospiechu i blyskawicznie ale najserdeczniej wszystkim tym, dla ktorych Ramadan ma to szczegolne osobiste znaczenie:

Ramadan mubarak

Oby nasze wysilki by byc lepszymi w tym szczegolym czasie zostaly przyjete przez Boga.

I jak zwykle zainteresowanych algierskim ramadanowaniem odsylam do bloggerowej wyszukiwarki, bo czasu jak zawsze jakos za malo :).

piątek, 15 czerwca 2012

Swietowanie pod znakiem gazuza



Dzisiaj nie dano mi pospac - a zwykle w piatek (Yaum Jumu'ah) chrapiemy do 10-tej. Wszystko zaczelo sie od porannych  yo-yo-yo i ogolnych okrzykow radosci. Zupelnie nie wiedzac co sie dzieje - wesele o tej porze? - wyszlam sprawdzic co jest powodem halasu. Wiekszosc rodziny okupowala hall i w atmosferze ogolnej wesolosci skladala gratulacje na rece naszej piatoklasistki Marwy, ktora pomyslnie zdala egzaminy konczace szkole podstawowa (dzisiaj ogloszono wyniki). Gazuz i pattissery zapowiedziano na popolodnie wiec uzbrojona w cierpliwosc wrocilam do siebie. Jednakze reszta przedpolodnia uplynac nam miala na skladaniu gratulacji  licznej liczbie dzieci sasiadow i dalszej rodziny, ktore przynosily w prezencie 'po gazuzie' dla kazdego. Nawet nieznajome dzieciaki wpadaly zeby dac po literku dla 'yemmat Yakub' (alez staro-babciowo sie poczulam hehe). Tym sposobem lodowke mam zapelniona, tyle ze nie za bardzo czyms jadalnym :).

I tak sobie mysle, ze takie celebrowanie do zobaczenia tylko w Algierii...

piątek, 8 czerwca 2012

Algierskie pomniki




Za kazdym razem kiedy przemierzam trase w kierunku stolecznego lotniska zwracam uwage na ten pomnik algierskiej blyskotliwosci.

Na pokaznej rakiecie umiejszczono napis Discovery Dielna - czyli Nasze Discovery hehe. Poleciec to to raczej nie poleci ale trafnie pokazuje algierskie aspiracje kosmiczne i... komiczne.


piątek, 25 maja 2012

My o innych, inni o nas



Przedarlam sie przez pajeczyny jakim zarosl blog no i jestem :-). Choc i to nie do konca, bo z braku czasu i sily na pisanie postanowilam - aby smiercia naturalna AK nie umarly - wkleic to i owo co sie o Algierii pisze w sieci.

Pozytywnie, optymistycznie i z wyczuciem klimatu:

Algierska kultura zyczliwosci.

niedziela, 18 marca 2012

Algierczyka Savoir vivre

Siadamy do stolu, algierskiego stolu: talerz? Uff, jest. Wzrokiem szukamy sztuccow: a tu niespodzianka - w zaleznosci od dania do najwyzej lyzka, badz widelec przy dobrej passie. Noza brak, byc moze ze wzgledow bezpieczenstwa - wiadomo jak sobie Algierczycy popija... a tfuj - podjedza, to do czego moze dojsc:). Niemniej jednak zwyczaje dotyczace spozywania pokarmow moga co niektorych zadziwic:

1. Wiekszosc dan glownych spozywa sie uzywajac chleba w zastepstwie lyzki (o ilez mamy mniej zmywania po gosciach:)).
2. Lyzki wlasciwie tylko przy typowych zupkach mozna spotkac - szorba, bujun, brkukus; inaczej tego skonsumowac sie nie da.
3. Dania sosowe zawsze z chlebem, lecz nie pokrojonym w kromki tylko 'rwanym' w ozdobne (co komu wyjdzie) lyzeczki. Moze to byc bagietka, badz ktorys z tradycyjnych chlebkow.
4. Zdziwienia rowniez nie okazujmy widzac Algierczyka palaszujacego frytki z chlebem - no przeciez lyzka nie bedzie jadl, wiec musi byc chleb:). Co gorsze, makaron i spagetti tez mozna nim 'popijac'.
5. Podstawowa zasada glosi: czego nie zjesz z chlebem - zjedz bezposrednio przy uzyciu konczyny gornej. Jestem za - nie zabijamy smaku potrawy metalowym sztuccem!
6. Bywa tez, ze bedac zaproszonymi na obiad zobaczymy stolik w japonskim stylu i materace, badz zwykla ceratke zamiast owych. I co wtedy? Najlepiej byc ubezpieczonym od wpadek i pamietac o odpowiednim, luznym stroju.
7. Uspokajam rowniez iz bekanie, siorbanie (nawet szorby:)) czy jedzenie z otwarta buzia nie lezy w dobrym guscie, wiec wszelkie uniwersalne normy w tym zakresie obowiazuja.

 Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomosc - w Alg nie spotkalam sie z przesadnym zapraszaniem do zjedzenia. Podadza ci wszystko pod nos ale do ust podnosisz juz samemu :-0.

piątek, 2 marca 2012

Tadzin zeitun


Z nazwy zostaly mi tylko zeituny (oliwki) ale tadzin brzmi tutaj bardzo ladnie - zgrabnie i jakos tak marokansko. Zrobilam kilka dni temu z okazji odwiedzin dwoch polskch brzuszkow no i chyba smakowal:).


Proporcje - zupelnie nie algierskie - podaje na dwie osoby:

* dwa udka (wzglednie co sie lubi z kurczaka)
* cebula
* czosnek 4 zabki
* natka pietruszki
* cztery sredniej wielkosci marchewki
* oliwki zielone, dajmy na to dwie szklanki (bo na wage to ciezko wyczuc)
* przyprawy - sol, pieprz, mozna lyzeczke szafranu dodac - bedzie ladny kolorek
* opcjonalnie - kulki z miesa mielonego wrzucic 15 min przed koncem gotowania - bedzie dekoracyjnie.

Zaczynamy od sosu - ciapiemy cebulke i czosnek, podsmazamy na lyzce oleju; wrzucamy kurze czesci ciala, przyprawy i natke. Chwilke przesmazamy. Zalewamy woda tak, by drob sobie poplywal. Marchewke obieramy i kroimy w kolka, przesmazamy na patelni na niewielkiej ilosci oleju, tak by nie zarumienic jej zbytnio. Oliwki odsaczamy z zalewy (pozna rowniez pokroic w kolka, jesli sa zbyt duze) i gotujemy w rondlu, zmieniajac im dwa razy wode.
Kiedy kurcze jest w miare miekkie dodajemy podpieczona marchewke i przegotowane oliwki. Gotujemy nasz tadzin do chwili, kiedy wszystko bedzie miekkie/jadalne. Woda w tym czasie powinna sie zmienic w sos (nie wino:)) i nie stanowic zbyt duzej czesci dania.
Serwowac na najwiekszym znalezionym w domu talerzu, ktory choc troche przypomina tadzin - bedzie tradycyjniej, a co:). Ozdobic natka pietruszki i plastertkami cytryny.

PS. Tadzin wedruje do posta Algierskie przepisy - szukajcie a znajdziecie.

wtorek, 21 lutego 2012

Adopcja w Algierii



Nasza sasiadka przywiozla wlasnie wczoraj zaadoptowanego maluszka - 10-dniowy brzdac zabrany prosto ze szpitala. Ojciec nieznany. Matka zrzekl sie praw do dziecka, mimo ze ma na to 3 miesiace. Najwazniejsze, ze malenstwo od pierwszych chwil nie zmienia co i rusz miejsca ale przyzwyczaja sie do swoich nowych opiekunow. Dzsiaj odbywa sie impreza urodzinowa - z barankiem w roli glownej, spiewami (yo-yo-yo i takie tam:)) i wystawna kolacja. Oby maluszek czul sie u niej dobrze.

Oczywiscie widok sasiada z nosidelkiem wzbudzil ogolne zainteresowanie w okolicy; poczatkowo rodzina chciala utrzymac to w wiekszej lub mniejszej tajemnicy poliszynela - glownie dlatego, zeby dziecku nie dokuczano w szkole i na podworku - wiadomo jak czasem zlosliwe dzieciaki bywaja. Z drugiej jednak strony doroslych sie nie oszuka, a skoro oni wiedza to i automatycznie dzieci rowniez i nici z sekretu.

Adopcja jest dosyc powszechna w Algierii; z tym, ze wieksza popularnoscia cieszy sie wersja 'rodzinna'. Zwykle ma to miejsce w przypadku smierci obojga rodzicow (niedawne trzesienia ziemi czy wojna domowa - pozostawily swoje zniwo) kiedy opieka nad dzieckiem przechodzi na najblizszych krewnych. Inna sytuacja sa przypadki kiedy malzonkowie nie maja dzieci przez dluzszy okres pozycia - wtedy ktos z bliskiej rodziny oddaje im swoje dziecko na wychowanie i nacieszenie sie ojcostwem/macierzynstwem. Rowniez w przypadku trudnej sytuacji finansowej rodzice oddaja swoje pociechy na wychowanie bogatszym krewnym.

Najbardziej szczegolna cecha tutejszej adopcji - a dokladniej adopcji w islamie - jest fakt ze dziecko musi wiedziec kim sa jego biologiczni rodzice, stad zakaz nadawania swojego nazwiska nie-swojej latorosli. Rodzice nie moga ukrywac tego faktu przed dzieckiem; powinni natomiast podkreslac ze sa bardziej jego opiekunami i wychowawcami, nawet jesli ono zwraca sie do nich per 'mamo/tato'. Adoptowane dziecko nie jest spokrewnione ze swoim nowych rodzenstwem poprzez wiezy krwi i moze w przyszlosci np. zawrzec zwiazek malzenski z ktoryms z nich. Moze natomiast stac sie mlecznym synem/bratem (status podobny do biologicznego pokrewienstwa), jesli adoptowana mama wykarmila go swoim mlekiem. Dziedziczyc on moze wylacznie po swoich biologicznych rodzicach, chociaz oczywiscie opiekunowie maja prawo zostawic mu cos ze swojego majatku. Natomiast jesli jest to sierota - nie moga oni mieszac jej majatku ze swoim; powinni odpowiednio zadbac o finanse dziecka do momentu jego usamodzielnienia sie.

Podsumowujac temat (alez sie dzisiaj rozpisalam :)) - adopcja w Algierii spotyka sie ze spolecznym uznaniem i szacunkiem. Prorok Muhammed (pokoj z nim) sam bedac sierota poswiecal wiele uwagi dzieciom w podobnej sytuacji - zaadoptowal bylego niewolnika Zaida, jak tez wychowywal swojego mlodszego kuzyna Aliego.

środa, 8 lutego 2012

Hu hu ha...

No wreszcie, nareszcie (wykrzyknie niejeden Algierczyk)- mamy w Algierii zime z prawdziwego zdarzenia. Juz mieszkancy stolicy nie musza wyjazdzac w gory, zeby zjechac na sankach albo ulepic balwana; wsystko dostepe pod reka i w duzej ilosci. POza wielka radoscia z niespotykanej zimy o algierskiej wersji mozna powiedziec jeszcze niejedno i to nie koniecznie pozytywnie.

Po pierwsze - zupelne zaskoczenie i brak przygotowania; brak sprzetu i ludzi do odsnezania, chociaz metody lopatologiczne raczej wieksosc ma opanowane:). Po drugie - problemy energetyczne, czyli jak i skad pozyskac energie; w Algierii glownie stawia sie na przenosny gaz i elektrycznosc (ogrzewanie centralne nie jest znane, bo i po co i komu potrzebne - w zeszlym roku wystarczyly przeciez cieplejsze skarpety:)). Wszelkie grzejniki, palniki gazowe czy tabuny doswiadczyly bardzo przyziemnego problemu - butla gazu kosztowala 300 dh, zas teraz w 'dobie kryzysu zimowego' - 1 300. Pewnie ze nie kazdego na taki luksus stac. Elaktrycznosc - no coz, rowniez przerwy w dostawie i co czasem calodniowe. Efekty? Sklepy pracuja przy swieczkach (?), zziebnieci ludzie rozmawiaja tylko o tym gdzie i za ile mozna dostac butle gazu, patentuja nowe metody grzewcze typu 'ognisko domowe' i kombinuja gdzie kupic podstawowy produkty spozywcze. No i najbardziej tragiczne fakty tej zimy - zamarzniecia we wlasnym domu z braku gazu badz pradu!

I tak czasem sobie mysle, ze piekna ta zima - ale jak juz jej ni ma...

niedziela, 22 stycznia 2012

Na wariackich papierach

Zycie wariata w Algierii wydaje sie byc w miare znosne - zwazywszy na fakt, ze tyle dziwnych zachowan jest przyjmowanych z akceptacja, co na swiatowe standardy pewnie nie pozostawiloby zbyt wielu normalnych obywateli :).

Dosyc czesto osoby niezrownowazone spotykam na ulicy, na bazarze jest ich pelno, wygladaja niegroznie choc zdarza sie im krzyczec czy gonic wyimaginowane potwory; wedlug raportu znajomej, mieszkajacej w poblizu szpitala psychiatrycznego co i rusz ktos stamtad ucieka. Bywa tez, ze rodzina poszkodowanego jedynie sezonowo go zapisuje na kuracje, bo akurat jest wesele w rodzinie, badz czas wakacyjnych wyjazdow.


W Algierze mamy jeden szpital dla umyslowo chorych (Drid Hocine Hospital) - a to i tak jeden z niewielu, bo oficjalne dane mowia o 30 000 chorych umylowo Algierczykach, na ktorych to przypada 5 000 miejsc w odpowiednich instytucjach. Automatycznie na powierzchnie wyplywa pytanie - co sie dzieje z pozostala wiekszoscia chorych?

Wydawac by sie moglo, ze wieksza popularnoscia (i skutecznoscia) ciesza sie bardziej tradycyjne metody leczenia; 'lekarze dusz' - czyli Raqjji to znana w Algierii profesja, podobnie zreszta jak wszelkiej masci zielarze (moze dlatego, ze tradycyjny lekarz zapisze pacjentowi cala torbe lekow, zas zielarz zaledwie herbatke:)). Jesli nie pomoze to przynajmniej nie zaszkodzi.

Jako ciekawostke dodam, ze w czasach kolonialnych pewien francuski psychiatra mocno akcentowal zaleznosc pomiedzy walka narodowo-wyzwolencza Algierii a iloscia zalaman nerwowych i tym podobnych chorob. Co mialo oznaczac - tylko wolny narod bedzie wolny (lub wolniejszy) od takowych schorzen. Postulat ciekawy - ale czy sie sprawdzil...

Dla zainteresowanych polecam tutejsza lekture historii z akcentem na "Persia, Arabia and the Muslim Empire".

piątek, 20 stycznia 2012

Wlamanie

Niedawno mielismy wlamanie, a dokladniej probe wlamania. O 3 w nocy jakis mlodzieniec probowal wywazyc kuchenne okno, zeby dobrac sie do zapomnianego na parapecie kuchennym telefonu. Eh, gdyby wiedzial ile kosztowal to pewnie dalby sobie spokoj. No ale okazja czyni zlodzieja!

Pech chcial, ze halas obudzil meza (oczywiscie pech zlodzieja:)) no i sie zaczelo! Pogon meskiej czesci rodziny za biedulkiem przez pol dzielnicy trwala dosyc dlugo:). Okazalo sie, ze to znanny z podobnej dzialalnosci syn niedalekiego sasiada. Najpierw rodzice delikwenta sie zarzekali, ze 'nasz syn na pewno nie', potem przeszli do defensywy 'to ostatni raz, juz wiecej sie ne zdarzy'; lzy matki zrobily swoje - chlopaki mu odpuscili ale 'zeby mi to bylo ostatni raz'. No u nas to na pewno ostatni ale inni sasiedzi to raczej pewnosci nie maja:). Mlodemu sie upieklo, zakladam ze nawet aresztu domowego nie bylo...

Efekt - wreszcie zamontowalismy kraty w kuchennych oknach (jakie fajne wiezienne sloneczko teraz podziwiamy:)). Niestety nadszarpnelo to znacznie moje poczucie wlasnego -i najblizszych- bezpieczenstwa. Nawet trenowalam sobie jakies wojenne okrzyki w razie koeljnej 'napasci' - po algiersku oczywiscie. No coz, jesli sie na gorace nie dmucha to trzeba sie w koncu sparzyc...