Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

piątek, 9 grudnia 2011

Pelna chata

Cisza jaka zapadla po dzisiejszym wyjezdzie reszty rodziny na ars wydaje sie byc taka nienaturalna. Z naszej pelnej chaty zostaly tylko szczatki w postaci mnie - samozwanczej pilnowaczki drzwi wejsciowych i mojej latorosli w liczbie 1. No i tescia, ktory po operacji jeszcze slabo sie czuje, wiec samego nie chcialam go zostawic. W tej ciszy i spokoju jakos inaczej sie mysli, a wlasciwie to ciezko w ogole myslec - niby mam chwile wolnego czasu, ale zapewne zanim zdecyduje sie czym ja wypelnic to ulotna minie. Tak wiec zrobilam kesre do kawy, z tesciem i corcia raczylismy sie poki ciepla, a teraz przyklejona do kompa obserwuje jak Mala robi porzadki w swoich szafkach (czytaj polowa pokoju zarzucona jej butami). I troche mnie sumienie podgryza, bo o tej porze powinnam byc w szkole - wagarow sie zachcialo na stare lata. No dobra - przekonuje sama siebie - jutro to 'na pewno' pojde.

A propos szkoly - czy ktos poza mna przejmuje sie jak to bedzie, kiedy nasz Maly Brzdac podrosnie, sam zacznie chodzic do tej szkoly, a my nie bedziemy umieli mu pomoc w odrabianiu lekcji (bo jezyka az tak super nie znamy)? Jesli sie nie przejmujecie to czas najwyzszy zaczac:). Pierwszy rok jeszcze moge nadrabiac mina, ale juz widze jak na dluzsza mete oberwie mie sie "Mamo, ty tego nie umiesz", co w ustach dziecka brzmi gorzej niz uwaga od nauczyciela. No nic, moj plan B przewiduje ze za zlotowke mozna przekupic corke szwagierki, zeby synalkowi pomogla w razie draki. Oczywiscie tatus nie wchodzi w gre - chociaz na razie nie mial jeszcze okazji (bo nieobecny cialem) odrabiac z dzieckiem lekcji, ale jakos tak podswiadomie czuje, ze nie bylby to dobry pomysl. A moze sie myle... ok, sprawdzimy.

No i jeszcze jedna wazna kwestia, o ktorej zapominam wspominac - ostatni dzwonek dla planujacych kapiele w algierskim sloncu (morze juz odpada) wlasnie sie rozlega; niby sweterki juz trzeba wyciagnac z dna szafy ale siedzac dzisiejszego poranka w owym sweterku na tarasie poczulam specyficzny zapach opalenizny (taka fuzja promieni slonecznych z naskorkiem), efektu co prawda nie widac, no ale sam fakt opalania sie liczy:). A teraz skarpeciny naciagnelam i sweterkiem sie opatulam. Byle do wiosny (bo nie do lata, oj nie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz