Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

środa, 24 lutego 2010

Hotel 'Gromada'

Bedzie to rzecz bardziej o gromadzie niz o hotelach, czyli algierskie domy wielo-rodzinne. Przyznam, ze wiele osob nie bardzo chce wierzyc i przechodzi to ich wyobrazenie, ze mozna mieszkac w jednym domu z liczna rodzina.
Ma to swoje zalety i wady, a ja - jako ta niepoprawna optymistka zazwyczaj skupiam sie na tych pierwszych i wielce sobie cenie mieszkanie w tytulowym hotelu. Plusy:


- samotnosc i smutek nie grozi, bo zawsze sie znajdzie ktos, kto akurat w dolku nie jest i bedzie w stanie pocieszyc,
- pomocna dlon - w razie jakiejkolwiek 'awarii' czy to zdrowotnej czy finansowej mozna liczyc na bezinteresowna pomoc najblizszych - nie musi mama/tesciowa/siostra przyjezdzac z odleglego miasta by zajac sie chorym lub jego dzieckiem. Poza tym, znajac problemy innych czlonkow rodziny latwiej jestesmy w stanie im pomoc, nawet jesli o to nie prosza.
- kuchnia - jesli skonczyl sie obiad w garnku ale nie kazdy zdazyl sie najesc ,to zawsze mozna zobaczyc co szwagieka na pieterku ugotowala- wilk syty (bo zjadl) i owca cala (bo wilk pochwalil ze gulasz przepyszny :)). Nie wspomne juz o uczeniu sie gotowania w ogole, a algierskich dan w szczegolnosci i o pozyczaniu soli lub cukru bo sie akurat musialy skonczyc :). No i najprzyjemniejsza rzecz, czyli wspolne biesiadowanie i rehotanie.

- potomstwo - po coz zlobek czy przedszkole, skoro wersje mini ma sie w domu. Dzieci sa przyzwyczajone do siebie od malego i wiez ktora je laczy od przyslowiowego 'placu zabaw' pozostaje zwykle na cale zycie.
- wyprawy na zakupy - chociazby, czy gdziekolwiek indziej (kiedy nie chcemy dzieci ze soba zabierac); znajdzie sie i baby sitter i osoba towarzyszaca, ktora doradzi, podniesie siatki, ponarzeka na wysokie ceny.

- nauka jezyka - nie ma lepszego sposobu niz kontakt z zywym jezykiem no i ... zywymi Algierczykami.


Minusy:
- prywatnosc - to chyba najwieksza zmora, bo by chocby wyjsc do WC w srodku nocy trzeba sie ubrac przyzwoicie,

- jesli sie trafi na niezbyt przyjemnych in-laws'ow to wspolna egzystencja moze byc naprawde uciazliwa; zgrzyty moga wystepowac na lini tesciowa-synowa, a do tego jeszcze pomiedzy arosami. Zwykle w takich wypadkach albo stawia sie na wytrwalosc i cierpliwosc, albo po prostu w miare mozliwosci szuka oddzielnego lokum :).
- indywidualizm - w pewnym momencie automatycznie czlowiek dostosowuje sie do otoczenia i bycie indywidualista (zachowanie, sposob bycia, czy chocby zamilowanie do ostrych potraw, ktorych reszta rodziny nie trawi) moze byc dla siebie i innych uciazliwe :).

7 komentarzy:

  1. ...najważniejsze, że więcej jest plusów...buziaki..:):)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehehe, w wersji sarciowej, pewnie, jak zwykle :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja i tak obstaje przy tym ze kazda arosa powinna miec swoja kuchnie... osobna oczywiscie i jak najdalej od innych aros

    OdpowiedzUsuń
  4. To byloby najlepsze rozwiazanie, szczegolnie jesli jedna jest swietna kucharka a inna kiepska - przynajmniej nie czuje zapachow :).
    A ja obstaje przy swojej wersji - czyli kucharzenie co drugi dzien na zmiane z moja wspolarosa - lepiej byc nie moze, jesli ktos pichcenie lubi od swieta.
    POzdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Takie mieszkanie wszystkich razem (teściowie, szwagrzy, szwagierki , ciocie ,babcie itd. ) KATASTROFA. U nas też kiedyś była taka moda , dziekować Bogu już przeminęła.

    OdpowiedzUsuń
  6. I pewnie dlatego spotyka sie z rodzina raz na rok od swieta, a dalszy kuzyni to juz zupelnie obcy ludzie. Jak widac po autorce posta, nie dla kazdego to katastrofa; do wielu rzeczy mozna sie przyzwyczic, z wieloma sobie radzic, a z innych z pozytkiem skorzystac.

    OdpowiedzUsuń