Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

piątek, 26 czerwca 2009

Model rodziny


Algierski dom to zazwyczaj wielopokoleniowe, pelne zycia skupisko rodzenstwa, ciotek, wujkow, babc no i oczywiscie rozbrykanych dzieciakow.... Domy zwykle buduje sie wzwyz, zapewniajac powiekszajacej sie rodzinie lokum. Nawet mieszkancy blokowisk staraja sie trzymac razem, a juz szczytem nieszczescia jest zamieszkanie w odleglej dzielnicy lub miescie. Pamietam placz szwagierki, kiedy jej mezowi zaproponowano posade na polodniu kraju i mial sie tamze z rodzina na jakis czas przeniesc. Dla mnie brzmialo to jak przygoda i bliskie spotkanie 3-go stopnia z pustynia, zas dla niej to rozlaka z rodzina i czarna rozpacz.

Lata 60-70-te ubieglego stulecia to wielki 'babyboom' w Algeirii. Po odzyskaniu niepodleglosci Algeirczycy na nowo 'zaludniali' swoj kraj. Stad moje algierskie pokolenie (pomiedzy 20-stka a 30-stka, tu sie zdradzilam :-)) ma nierzadko dziesiecioro lub wiecej rodzenstwa. Obecnie jednak sytuacja materialna i mieszkaniowa nie kazdemu pozwala na posiadanie licznego potomstwa. Do tego dochodza tez aspiracje zawodowe matek i no coz, czasem zwykle wygodnictwo, bo duzo dzieci to jeszcze wiecej problemow. Takze obecnie najpopularniejszy model rodziny to 2+1/2/3 maksymalnie. Rowniez przecietny wiek zamazpojscia sie wydluzyl; wiele dziewczat chce zdobyc wyksztalcenie (nawet jesli nie chca po slubie pracowac), lub poczekac, az narzeczony sie usamodzielni.

Zupelnie nie do pomyslenia sa modele rodziny w stylu: wolny zwiazek/ konkubinat wychowujacy dzieci, czy osoby tej samej plci zyjace razem i pelniace role opiekunow. Jesli chodzi o nieslubne potomstwo, to jest to niezwykla rzadkosc ( ok. 3000 dzieci rocznie , w porownaniu do polskich 20 tys. przed 20-stym rokiem zycia ) o ktorej osobiscie nie slyszalam. Przyzwolenia na przedslubne 'randkowanie' raczej ze strony rodziny uzyskac sie nie da, co wiecej w niektorych miejscach publicznych mozna sie spotkac z reakcja otoczenia lub nawet wladz ("panie wladzo to naprawde moja zona" - mial powiedziec bardzo mlodo wygladajacy maz szwagierki :-).

I na koniec chyba najwazniejszy fakt niezaprzeczalny: rodzina dla Algierczyka/ki to najblizsi mu ludzie przez cale jego zycie, nie tylko do ukonczenie 18- stki...

Na zdjeciu: dzieciaczki z mojej rodzinki.

środa, 17 czerwca 2009

'Ahlan wa sahlan' turyści!




"Prezydent Algierii szkicuje program rozwoju turystyki przyjazdowej do kraju. Turystyka jest bowiem dla kraju narodowym priorytetem - oznajmił prezydent Abdelaziz Bouteflika. Algieria stawia sobie bardzo ambitne cele. Do 2015 roku chce osiągnąć 4 mln turystów i 1.5-2 mld dolarów przychodów. Natomiast w 2025 roku Algierię ma odwiedzić nawet 11 mln osób. Plan działania na rzecz rozwoju ruchu turystycznego nosi nazwę "Vision 2025" i przyjmuje jako priorytety: promocję dziedzictwa narodowego, turystyki religijnej, wyjazdów do centrów SPA, turystyki sportowej oraz biznesowej. "

Pobożne to zali życzenia, czy realne możliwości? Teoretycznie wszystko jest na dobrej drodze - zmniejsza się zagrożenie ze strony działajacych jeszcze tu i ówdzie grup terrorystycznych, inwestuje się w projekty mające przyciągnąć turystów, klimat dopisuje, czego więcej potrzeba? No właśnie chyba międzynarodowego przekonania, że Algieria stała się bezpiecznym i przyjaznym turystom krajem. Krwawe lata wojny domowej uwieczniły ją jako miejsce chaosu i przemocy. A jak jest dzisiaj? Szczerze mówiąc, gdyby nie telewizyjne migawki to ja - mieszkając w stolicy - nie uwierzyłabym, że coś się w ogóle złego dzieje. Generalnie większe miasta - Algier, Konstantyna, Oran - są "tourist friendly", podobnie centrum i połódnie kraju; jednak tereny górskie i wiejskie już raczej w towarzystwie przewodnika-tubylca odwiedzajmy.

Że jest co w Algierii zwiedzać to fakt niezaprzeczalny - kraj ten ma bogatszą o dobre kilka tysięcy lat historię niż Polska :-). W zależności od preferencji turysrycznych ustalamy - co nas najbardziej interesuje:
- prehistoria (np. pozostalości po Flinstonach z Ahoggaru :-))
- starożytność (np. fenickie i rzymskie przybytki- obecnie zabytki)
- średniowiecze (meczety, medresy, pałace i ogrody- niektóre nadal w użytkowaniu)
- era kolonialna (np. Kasbah i Algiers la Blanche - dzielnice Algieru)
- współczesność (budynek Ministerstwa Finansów czy kwatera główna Sonatrach prezentują się całkiem nowocześnie :-))

Algieria, znajdując się pomiędzy dwoma popularnymi turystycznymi krajami -Tunezją i Marokiem, ma jednak zupełnie odmienny charakter. Nie mówę tu o rzezbie krajobrazu czy 'a must-see' zabytkach ale o mentalności ludzi i ich stosunku do "gości". Dla przykładu - w innych częsciach Meghrebu turysta zaczepiający tubylca z zapytaniem o drogę może liczyć na to, że uzyska odpowiedz lub nie, w zależności od dodanego do pytania banknotu :-). Zaś taki przeciętny Algierczyk nie tylko uprzejmie udzieli informacji ale pewnie jeszcze podwiezie (nawet jak mu nie po drodze) i pewnie na obiad zaprosi. Taki to efekt turystycznej alienacji pod koniec zeszłego wieku - kultura gościnności nie zdążyła przesiąknać kultura pieniądza. I bardzo dobrze - to się akutrat Algierczykom chwali :-).

sobota, 6 czerwca 2009

Algierskie Wesele



Zastanawiałam się często, dlaczego w okresie letnim na naszym osiedlu prawie codziennie rozbrzmiewa głośna muzyka? Powiedziano mi, że to weselna wesołość i grać głośno należy. Ok, jeden dzień rozumiem, ale czy to możliwe że codziennie ktoś wyprawia w naszej okolicy wesele?! Sprawa się nieco wyjaśniła, kiedy moja własna szwagierka wychodziła za mąż. Wesele prawie tydzień trwało - także teoretycznie 4 osoby na miesiąc biorą ślub w mojej dzielnicy :-). No to juz bardziej realne dane statystyczne.

Jak te uroczystości mniej więcej wygladają?

Zaczyna się wszystko od baranka; pan młody podarowuje go przyszłej żonie (poprzez kobiety ze swojej rodziny) i oczywiście jest to okazja do imprezowania. Baranek bynajmniej nie ma służyć do dobywania z nim spacerów ale - pragmatycznie - do skonsumowania na weselnej uczcie. Kolejny dzień - to proszony obiad. Nazwałam ten dzień obiadowym,. ponieważ raczej nie przypomina to całonocnego biesiadowania na polskich weselach. Goście schodzą się po połódniu, są tańce podczas których serwowane są słodkości i napoje/kawa/herbata a dopiero póznym popołódniem podano coś konkretniejszego - kuskus ('a must-be' algierskiego menu weselnego) z mięsnym sosem (R.I.P barankiem :-)) , drugie danie zawierające też jakoweś części baranka i przypominające sos, plus sałatka ze świerzych warzyw oczywiście obowiązkowo popite 'gazuzem'- napojem gazowanym algierskiej marki. Dań nie za dużo ale goście glodni na pewno nie wyszli. Co ciekawe, tego dnia panna młoda (alg. arosa) nie dołącza do gości, no chyba że na krótką chwilę i to - ku mojemu zdziwieniu - w stroju codziennym. Tłumaczy mi, że chce wyglądać zaskakująco pięknie dopiero nazajutrz.

No i to miał być własnie gwózdz programu: następnego dnia odbywało się już te właściwe przyjęcie - w wynajętej sali, z żeńskiem DJ'em, wystrojonymi gośćmi, którzy jednak nie mają szans przebić arosy :-). Jej fryzura, makijarz i kilkakrotnie zmieniane stroje wydałyby się niejednej europejce ogromną przesadą. Ale tradycja - tradycją, podtrzymywać trzeba.




Ciekawostki - tego dnia serwowane były tylko ciaskeczka, lody, napoje już bez dań obiadowych; arosa wypiła trochę mleka na początku i potem obyć się musiała smakiem (a nuż szminka się zmarze, albo kawałek ciacha utkwi między zębami :-)); kobiety w tym czasie tylko tańczą i robią zdjęcia ze zmieniającą się jak kameleon panną młodą: żadnych nadzwyczajnych gwozdzi programu. Pod koniec imprezy zjawia się pan młody; zajmuje miejsce obok małżonki, jeśli jest z tych bardziej rozrywkowych to i zatańczy ku uciesze gawiedzi :-). Pokroją tort - tu już panna młoda może kawałek skubnąć :-), ostatnie fotki i kończymy show. Nie jest to jednak moment pożegnania nowożeńców.
Arosa wraca do siebie, doprowadza się do porządku, coś pewnie będzie juz mogła przekąsić no i jeszcze czeka ją ostatnia wizyta damskiej części rodziny męża - to taka algierska 'noc henny'. Jednak owej brązowej mikstury nie nakłada się - jak w Maroku, czy Pakistanie - tworząc piękne kształty i wzory ale symbolicznie wykonuje 'placek' na wewnętrznej stronie dłoni i końcach palców rąk i nóg. Po tych rytuałach panna młoda może przespać się troche, mając zalożone specjalne ochraniacze uniemożliwiające odpadnięcie henny. Następny dzień sporo zmieni w jej życiu.

Jest to dzień przyjęcia wydawanego przez pana młodego, po którym młodzi będą mogli już razem zamieszkać. Udając się na fete arosa żegna wszystkich domowników, bo już tutaj nie wróci. Przy dzwiękach klaksonów, czasem bębnów lub nawet orkiestry korowód samochodów wiezie ją do miejsca przezanczenia.
Zdecydowana większosc algierskich młodych par zamieszkuje z rodziną męża, razem bądz na oddzielnym piętrze tego samego domu. Muszę dodać, że wiele dziewczyn cieszy się, iż nie bedą same i obecność teściowej czy szwagierki wręcz je raduje. Praktycznie rozumując: w momencie powiekszenia się rodziny, czy nawet choroby taka rodzinna pomoc bardzo się przydaje.

Pewnie się dziwicie, dlaczego nic nie wspomniałam o podpisywaniu 'kontraktu małżeńskiego'. Wszystko przez to, że w Algierii zwykle załatwia się owe formalności w momencie zaręczyn. Trwają one kilka miesięcy, a czasem nawet lat i w tym czasie młodzi mogą się już spotykać bez przyzwoitek, choć nie zamieszkują jeszcze razem.

Ciekawe, jak dla mnie, było też tzw. 'przenoszenie arosy' - tzn. urządzanie jej pokoju w domu męża, jeszcze przed ślubem. Oczywiście sama panna młoda palcem w tej sprawie nie kiwnęła - wypakowywaniem 'dobytku' zajmują się zwykle siostry, ciotki, przyjaciółki. Układają w szafach ubrania, przewiązuając je tasiemką, którą arosa ma sama potem rozwiązać; zawieszają zasłony i ozdabiają łoże, nie mówiąc już o mnóstwie kolorowych ozdóbek ustawianach gdzie się tylko da, jak choćby tasiemkowe kwiaty zawieszane na uchwyty od szafek :-).

Na koniec dodam, że nie każde wesele w Algierii wygląda dokładnie tak, jak opisane powyżej. Wiele zależy od regionu i panującej tam tradycji, zasobności portfeli czy religijności rodzin.

Na zdjęciach: Algierskie wesele wczoraj (1870r.) i dziś (2006r.).

Dla zainteresowanych: filmiki na YT o różnych lokalnych zawyczajach weselnych w Algierii:
- wesele Tuaregów
- wesele Szałi
- wesele w Algierze


środa, 3 czerwca 2009

Moje przygody: w meczecie



Pierwszy raz do algierskiego meczetu wybrałam się zaraz po przyjezdzie. Niby w towarzystwie męża ale wiadomo jak to jest: panowie na prawo, panie na lewo. Była to modlitwa piątkowa; rzadko miałam okazję w takowej uczestniczyć no i nigdy w algierskim jej wydaniu. Kobiet przyszło całkiem sporo i już na schodach utkneam w korku; zauwazyam że ten czas wykorzystuje się na zdjęcie obuwia i mimo niewielkiej przestrzeni i braku akrobatycznych zdolności też mi się udało (staruszka przede mną mogła - to ja też :-)). Weszłam. Woow jaki klimat! Sala na ok. 300 osób zapełniona po brzegi; kobietki zajęte rozmowami, więc spokojnie wyszukuję wolne siedzisko. Z moją ówczesną znajomościa języka wiedziałam, że sobie raczej nie pogadam; także uśmiecham się tylko miło odpowiadając co i raz - 'wa aleikum assalam' i udając tubylca. Nagle rozmowy cichną; wszyscy zajmują miejsca siedzące w rzędach i tylko gestem uciszają rozrabiające jeszcze maluchy. Zaczęło się kazanie (arab. hutba); usiłowałam wyłapać jakieś zrozumiałe słówka ale po pięciu minutach poddałam się, obiecując sobie w duchu zapytać męża, o czym było. Jednak po reakcji 'publiczności' zauważyłam, że temat musiał być bardzo poruszający: tu i ówdzie słychać było westchnienia, a czasem nawet szloch! Natomiast podczas nastepującej po kazaniu modlitwy nawet samemu imamowi (prowadzący modlitwę) głos się załamywał ze wzruszenia, nie mowiąc już o pochlipującach dookoła mnie kobietach. Niesamowite i niezapomniane wrażenie. Jak się pózniej okazało tematem hutby była skrucha i przebaczenie, a porywający sposób recytacji Koranu podczas pózniejszej modlitwy dopełnił całości. Nie zapomnę widoku jakiejś młodej dziewczyny i łez spływajacych po jej policzkach...

Wyszłam urzeczona całą atmosferą. Udało mi się - ku mojemu zdziwieniu - odnalezć buty i to do pary :-). Męża też wsród rzeszy identycznych, ubranych na biało gentelmenów odnalazłam. "Jeszcze tu wrócę" - pomyślałam na odchodne...

Na zdjęciu ciekawostka: wnętrze chińskiego meczetu do złudzenia przypomina te moje, algierskie :-). Czyżby ten sam architekt?

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Algieria - na styku tradycji i nowoczesności



Zaprawdę powiadam wam, atmosfera tego zdjęcia oddaje mniej więcej całą resztę życia w Algierii :-). Fotka zrobiona przez anonimowego anonima (miłośnika telefonii- sklep "Mobilis" i ekologicznych środków transportu- wielbłąd i osioł :-)) w dzielnicy Dely Ibrahim, jednej z moich ulubionych i to bynajmniej nie z powodu usytuowania tamże ambasady RP :-).