Moja Algieria

Algierskie klimaty... czyli migawki z życia polskiej emigrantki

środa, 3 czerwca 2009

Moje przygody: w meczecie



Pierwszy raz do algierskiego meczetu wybrałam się zaraz po przyjezdzie. Niby w towarzystwie męża ale wiadomo jak to jest: panowie na prawo, panie na lewo. Była to modlitwa piątkowa; rzadko miałam okazję w takowej uczestniczyć no i nigdy w algierskim jej wydaniu. Kobiet przyszło całkiem sporo i już na schodach utkneam w korku; zauwazyam że ten czas wykorzystuje się na zdjęcie obuwia i mimo niewielkiej przestrzeni i braku akrobatycznych zdolności też mi się udało (staruszka przede mną mogła - to ja też :-)). Weszłam. Woow jaki klimat! Sala na ok. 300 osób zapełniona po brzegi; kobietki zajęte rozmowami, więc spokojnie wyszukuję wolne siedzisko. Z moją ówczesną znajomościa języka wiedziałam, że sobie raczej nie pogadam; także uśmiecham się tylko miło odpowiadając co i raz - 'wa aleikum assalam' i udając tubylca. Nagle rozmowy cichną; wszyscy zajmują miejsca siedzące w rzędach i tylko gestem uciszają rozrabiające jeszcze maluchy. Zaczęło się kazanie (arab. hutba); usiłowałam wyłapać jakieś zrozumiałe słówka ale po pięciu minutach poddałam się, obiecując sobie w duchu zapytać męża, o czym było. Jednak po reakcji 'publiczności' zauważyłam, że temat musiał być bardzo poruszający: tu i ówdzie słychać było westchnienia, a czasem nawet szloch! Natomiast podczas nastepującej po kazaniu modlitwy nawet samemu imamowi (prowadzący modlitwę) głos się załamywał ze wzruszenia, nie mowiąc już o pochlipującach dookoła mnie kobietach. Niesamowite i niezapomniane wrażenie. Jak się pózniej okazało tematem hutby była skrucha i przebaczenie, a porywający sposób recytacji Koranu podczas pózniejszej modlitwy dopełnił całości. Nie zapomnę widoku jakiejś młodej dziewczyny i łez spływajacych po jej policzkach...

Wyszłam urzeczona całą atmosferą. Udało mi się - ku mojemu zdziwieniu - odnalezć buty i to do pary :-). Męża też wsród rzeszy identycznych, ubranych na biało gentelmenów odnalazłam. "Jeszcze tu wrócę" - pomyślałam na odchodne...

Na zdjęciu ciekawostka: wnętrze chińskiego meczetu do złudzenia przypomina te moje, algierskie :-). Czyżby ten sam architekt?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz